DRAGON BALL NEW ERA

Dragon Ball by Akira Toriyama
 
IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Pustynia

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
NPC

avatar

Liczba postów : 289
Join date : 19/05/2015

PisanieTemat: Pustynia   Sro Maj 20, 2015 8:29 pm

Obejmująca większą część planety pustynia, której czerwone piaski skrywają nie jedno niebezpieczeństwo, tu śmierć czyha dosłownie na każdym kroku.
Powrót do góry Go down
Altair Drake
Starszy Kadet
avatar

Liczba postów : 225
Join date : 18/05/2015
Age : 22
Skąd : Warszawa

Scouter
Walka Wręcz:
Walka Bronią:
Kontrola KI:

PisanieTemat: Re: Pustynia   Sob Kwi 22, 2017 7:44 pm

W końcu po pewnym czasie dotarł wreszcie na obrzeża miasta. Co najważniejsze udało mu się nadrobić stracony czas z powodu pewnych wydarzeń, i choć nie był najlepszy to, aż tak bardzo nie odstawał od innych, wciąż mając szansę zwyciężyć. Nie żeby mu na tym jakoś strasznie bardzo zależało, ale mimo wszystko miło, by było gdyby mu się to udało. W końcu nie lubił przegrywać. Jak z resztą prawie każdy, i jak każdy chciał wygrać. Zatryumfować nad resztą. W końcu smoki zawsze miały arogancką naturę, i nasz Drake nie był inny. Kto wie, może był nawet bardziej arogancki i pyszny od prawdziwych smoków. Zresztą to mu nie zapewni wygranej. Tylko jego starania oraz własna siła, mogą tego dokonać. Gdy wyszedł z miasta to wiedział, że teraz mają znacznie większe pole do popisu, i nie muszą, aż tak uważać jak wcześniej, ale niestety jego przewaga również się skończył, i nie będzie mógł wykorzystać tak dobrze znanego mu terenu jak wcześniej, bowiem był w praktycznie nowym dla niego miejscu.

Mimo wszystko nie martwił się tym i dalej biegł przed siebie, aż wreszcie miasto zniknęło mu z zasięgu wzroku, a oni sami byli na pustkowiach tej czerwonej planety. Niektórzy myśląc, że nikt ich nie obserwuje zaczęli używać bukujutsu do latania i przemieszczać się jeszcze szybciej i szybciej niż wcześniej. Jakie było ich zdziwienie, gdy Ci co tak zrobili zostali wręcz zestrzeleni falami uderzeniowymi. Dla nich wyścig się już zakończył. Altair oczywiście wcale, a wcale się tym nie zdziwił. Ba zdziwiłby się jakby było inaczej, i nie zostaliby ukarani. On sam wiedział, by nic takiego nawet nie próbować z samej logiki, za to starzy kadeci, już coś takiego mieli, więc wiedzieli czego się spodziewać. Co innego nowi. Oni starali się jak tylko mogli korzystając z różnych brudnych i oszukańczych zagrywek, co nie wyszło im na dobre. Większość tych co opadła to byli właśnie Ci nowi. Tylko oddział Altaira, jako tako uważali w mieście, oraz nie korzystali z brudnych zagrywek, nie chcąc zaszkodzić swojemu dowódcy. Przynajmniej myśleli, a to dla niego najważniejsze.

Był coraz to bliżej końca, a przynajmniej połowy tego biegu, bo daleko w oddali widział już pustynie do której zaczął się zbliżać razem z resztą. Co ciekawe nawet dołączył w biegu do swojego oddziału, ponieważ pustynia była według niego niebezpieczna i nawet jeśli ich obserwowali, to wypadki mogą się zdarzyć czego on nie chciał. Dlatego też powiedział, by byli ostrożni i uważali, gdy będą przebiegać przez pustynie. Gdy tam się znaleźli to tak też zrobili. Biegło im się co prawda coraz ciężej z powodu piasku, ale nikt nie był na tyle głupi, by ponownie wznieść się w powietrze. Mimo wszystko ogarniało go straszliwie dziwne uczucie, co mu się w ogóle nie podobało. Miał co do tego wszystkiego złe przeczucia, więc tym bardziej zachowywał jeszcze większą ostrożność niż początkowo zamierzał. Miał tylko nadzieję, by opuścić to miejsce jak najszybciej się da.

Powrót do góry Go down
NPC

avatar

Liczba postów : 289
Join date : 19/05/2015

PisanieTemat: Re: Pustynia   Sob Kwi 22, 2017 10:30 pm

Małpi wyścig trwał w najlepsze, a brudnym zagrywkom ze strony najświeższych rekrutów nie było końca. Tylko ci, którzy najdłużej byli pośród kadetów wiedzieli, że sam ten bieg przez pustynię jest szalenie niebezpieczny i nie warto tracić sił na pozbywanie się „rywali”. W końcu w tym miejscu każdy kolejny krok mógł okazać się ostatnim. Ci, którzy pilnowali, by nikt nie łamał zasad, mieli również za zadanie ochronić tą bandę, gdyby zaistniała taka konieczność.
Bieg trwał aż do chwili kiedy to Drake przypadkiem nadepnął na tylną część młodego czerwika, który to wszczął alarm, zwołując na trasę wyścigu wszelakie robale z najbliższej okolicy które to „postanowiły” zrobić z saiyańskich rekrutów obiad. Atakujące czerwie nie były wcale przyjemne, a rekruci musieli sobie z tym jakoś poradzić bez wołania elity o pomoc. W najgorszej sytuacji był sam sprawca owej sytuacji, gdyż to właśnie spod jego nóg wyskoczył największy z robali, próbując go pożreć w całości.

OOC:
 
Powrót do góry Go down
Altair Drake
Starszy Kadet
avatar

Liczba postów : 225
Join date : 18/05/2015
Age : 22
Skąd : Warszawa

Scouter
Walka Wręcz:
Walka Bronią:
Kontrola KI:

PisanieTemat: Re: Pustynia   Wto Kwi 25, 2017 3:30 pm

Krwistooki dalej kontynuował wyścig, uważnie stawiał każdy swój krok, i starał się nie wdepnąć przypadkiem w jakieś kupsko, bo kto wie, może wkurzy to robactwo i skończy się dzień małpy dla nich. Już powoli zbliżali się do środkowej części pustyni, a przynajmniej miał taką nadzieję, że się zbliżali. Jak było naprawdę to nie miał pojęcia. Chciał tylko tyle, by jak najszybciej dostać się na miejsce, i wydostać się stąd. Najlepiej w tej chwili. Nie wiedząc czemu, nie miał zamiaru tutaj długo przebywać, bo coś przeczuwał, ale nie wiedział co. Niestety jeszcze nie widział półmetka więc odpada, a powoli się męczył i było mu gorąco, na domiar złego strasznie trudno się biegało. Niektórzy idioci zaczęli lecieć w górę bo myśleli, że ich nie widać. Co z kolei skończyło się tym, że w takich gości poleciały fale uderzeniowe i posłały na ziemię. Dla nich wyścig się już zakończył. Po tym zdarzeniu, nikt nie był na tyle głupi, by próbować wznieść się w niebo. Mimo to i tak chciał stąd odejść jak najprędzej. Nie podobało mu się to miejsce ani trochę.

Nagle ni stąd ni zowąd zaczęło go ogarniać uczucie dziwnego niepokoju. Miał bardzo złe przeczucia, a nie wiedział skąd się to w ogóle bierze, ale nie podobało mu się to ani trochę. Specjalnie zwolnił krok robiąc je jeszcze dokładniejsze i uważniejsze, a następnie cicho rzekł do oddziału, by uważali, i nic nie mówili, a także...
- Uważajcie tylko, by przypadkiem na coś nie nadepnąć...
Nawet nie zdążył dokończyć tego słowa bowiem usłyszał przeraźliwy pełen bólu pisk, jakby dziecka, albo czegoś bardzo małego. Brzmiało to tak, jakby do kogoś przyszło stado pachnących pięknie Kenzuranów. Każdy chyba wie, jak wielkie to by było cierpienie, przebywać z tak dużą ilością Riverów. To już lepiej cierpieć w piekle. Przynajmniej On, by tak wolał. Niektórzy nawet mieli ochotę płakać dla tak biednego małego stworzonka, które zapewne cierpiało z powodu pewnego wygnańca. Nawet każdy specjalnie się zatrzymał! To już coś. Dopiero po pewnym czasie, wszyscy sobie przypomnieli, że przecież gościa z bliznami już dawno z nimi nie ma. Coś tutaj nie pasowało. Chłopakowi od razu spadł uśmiech z twarzy, gdy tylko usłyszał ten pisk i poczuł, że na coś nadepnął. Gdy to zrobił to skwitował to tylko czterema słowami.
- O Cie w chuj...

Podsumował to wszystko co się teraz właściwie stało. Jego parszywe szczęście. Oczywiście to on musiał wdepnąć w małe coś, i to nawet nie była kupa, tylko młodziuteńki czerwik! Czym tylko zapewne wkurzył całą rodzinkę. Ale skąd miał wiedzieć, że na powierzchni znajdzie się czerwie dziecię. Przecież to praktycznie niemożliwe! A jednak, niestety się to okazało prawdą. On to jak zwykle ma wspaniałe szczęście. No to teraz ma przerąbane. Co prawda nie, aż tak jak, gdy był na arenie razem z Riverem, ale i tak nie jest za wesoło. Czuł jakby cała pustynia zaczęła się ruszać, co mu wcale, a wcale się nie podobało. Czy może być jeszcze gorzej? Najwidoczniej może. Bowiem pod jego stopami nagle pojawiła się paszcza! Wyglądało to tak jakby sama pustynia chciała go zeżreć. On wyczuwając moment skoczył i przygotował się do przyjęcia na klatę tego stwora. Z ogromną szybkością znalazła się przy nim wielka paszczęka, która takich Altairów zjadłaby nawet z dziesięciu, on sam ledwo się trzymał tej powierzchni, a raczej łba, uważając, by nie spaść na zęby inaczej zostanie z niego... w sumie nic. Wiedział, że jak puści się tego robaka, to skończy marnie. Trzymając się co najwyżej udało mu się posłać parę słów do robaczka.
-Ups. Przepraszam? Nadepnąłem na Twoje dziecko. Nie masz mi tego za złe prawda? I wszyscy się rozstaniemy w zgodzie czyż nie?

Niestety nigdy nie będzie tak jakby on Sam chciał. Wiedział, że to coś na pewno go nie zostawi, a jak tylko spróbuje uciec to zostanie pochwycony i zjedzony. Powoli kończył mu się pomysły. Jedyny taki plus, albo w sumie jeden z wielu minusów, był taki, że widział tego bydlaka w całej swojej potworności. Był to najbardziej obrzydliwy i największy czerw na całej Vegecie! A przynajmniej tak mu się zdawało. Ma się te małpie szczęście.
- Tylko Ja mogę mieć takiego pecha, by nadepnąć młodego czerwia. Czemu właśnie Ja!?
Pytał sam Siebie, bo wiedział, że robak raczej mu nie odpowie. Wyglądał na wkurzonego i głodnego. Nie wiedział jaki był bardziej. A z mordy mu śmierdziało nieziemsko. Jak tak dalej pójdzie to Drake narzyga mu do środka. Młodzieniec powoli tracił swoją siłę, a wróg wciąż wysuwał się z nim w górę. Nie wyglądało to za ciekawie. Prawda jest taka, ze jak czegoś nie wymyśli to zginie! Straci Swoje życie. Umrze!

I nagle ta mała myśl. Myśl na temat tego, że zginie, wyzwoliła w nim coś dziwnego. Coś czego nie czuł w sobie wcześniej. I nie był to tylko jeden rodzaj emocji. Lecz całe mnóstwo! Jego wzrok pełen strachu nagle się zmienił na taki wręcz przebijający. Jakby patrzył się na jakiegoś robaka niedorastającego mu do pięt i którego może w każdej chwili rozdeptać. Na domiar tego wszystkiego narastał w nim ogromny gniew, a on sam był wypełniony arogancją wznoszącą się, aż do gwiazd. Jak takie coś może go pozbawić życia. Jak śmie!? Nikt nie jest tego godzien! Nikt! Nie przeszkodzi mu jakiś czerw w jego ogromnych ambicjach! Już się nie bał, nie musiał nawet myśleć nad planem bowiem, tym razem zadziałał sam instynkt. Z wręcz demonicznym wzrokiem popatrzył się prosto na twarz, czy oczy czerwia o ile to coś je posiadało. Jakby ktoś mu się przypatrzył to zauważyłby, że jego oczy zalśniły krwistym blaskiem, a jego tęczówki na chwile stały się pionowe. Ale nikt nie był mimo wszystko na tyle blisko, by to dojrzeć. Nawet jakby używano najlepszych scouterów, to nie mają jak zobaczyć w pełni jego twarzy, skoro nie patrzy się nawet na boki. Odezwał się w końcu dumnym i pełnym gniewu głosem, który był tak gorący, że mógłby spalić niebo, a zarazem tak mroźnym, że nawet piekło, zostałoby zamrożone.
- Jak śmiesz robaku! Że też masz czelność próbować mnie zjeść. Ktoś taki jak Ty nie jest tego godzien! Nie odbierze mi życia jakiś nic nie znaczący pył.
Wątpił, by ten stwór go zrozumiał, po prostu dawał upust swoim emocjom. Jego siła woli nagle znalazła siłę, by trzymać się dalej, przez co nie spadł do jego żołądka aczkolwiek było blisko.
- Nie chcę umierać. Nie zamierzam tutaj zginąć. Nie odbierzesz mi życia. Nie zginę tutaj! Mam za dużo do osiągnięcia!
W końcu korzystając ze schowanej w jego wnętrzu siły odbił się nogami od twarzy stwora, tak, ze znalazł się ponownie nad tą bestią, chociaż ta powoli zbliżała się ponownie do niego. Jego głos zaczął brzmieć demonicznie.
- Stoisz przed Swoim przyszłym Panem!
Zaczął zbierać w sobie ogromne pokłady energii, tak duże jak jeszcze nigdy, i ponownie instynkt odnośnie pewnej techniki zadziałał, co było jego jedyną możliwością, by wyjść cało z tej sytuacji. Szczęka stworzenia jednak już znajdowała się bardzo blisko niego i nagle rozbrzmiał jego demoniczny, władczy głos!
- Na kolana!
Skierował swoje dłonie w stronę zagrożenia i wyzwolił całą swoją zebraną energie którą uderzył w ogromnego czerwia.

Wbrew pozorom ta moc nawet stwora nie połaskotała, ale liczyło się samo odepchnięcie, bowiem wielkie cielsko walnęło z impetem w ziemie tak, że cały pustynny piasek wzleciał do góry. Nikomu i tak to nie przeszkadzało bo każdy był zajęty ucieczką przed robactwem. Sam Drake odleciał przez swoją energię jeszcze dalej, i po pewnej chwili dopiero zaczął opadać w dół. Bał się, że zostanie z niego mokra plama, gdy spadnie, i już miał zamiar użyć latania, gdy nagle zauważył w dole samotne stare pustynne drzewo. Było ich wbrew pozorom pare, ale była to raczej niewielka ilość, korzystając z powietrza, zaczął szybować, a następnie zapikował w dół niczym prawdziwy smok. Była to strasznie ogromna prędkość, więc nagle zaczął robić różne piruety, wręcz tańczył, aczkolwiek niewiele to dało. Gdy już był blisko powierzchni to złapał się ogonem pobliskiej gałęzi. Na jego nieszczęście, przy takiej prędkości i sile spadania, ta od razu pękła, przez co Drake nie dość to, spadł na drzewo i złapał się go niczym małpa, to te drzewo również pękło i upadło razem z nim. Najpierw On, potem drzewo na niego, które to rozpadło się w drobny pył. Altair odczuwał ogromny ból całego ciała, ale to było wszystko. W sumie, aż tyle mu się nic nie stało z powodu jego treningów, no i pustynia była miękka. Trafił na taką lepszą jej część. Żył. To najważniejsze. Oczywiście poprzedni dziwny On nagle wyparował, jakby nigdy nie istniał, a On nawet się nie zorientował, że coś było z nim nie tak. Po prostu cieszył się, że przeżył. To dla niego było najważniejsze.

Był praktycznie pewien, że tamtemu czerwiowi nic nie jest niestety, co sprawiło, że był strasznie smutny. Już miał trochę odetchnął z ulgą, że ma wolną chwilę, gdy zobaczył w oddali kropkę. Westchnął. Kolejny robaczek go zaczął gonić. On oczywiście, brał nogi za pas i szybko uciekał jak tylko najszybciej mógł. Nie zastanawiał się długo i po prostu uciekał. Nawet strzelał w jego kierunku ki blastami, ale to chyba tylko bardziej je denerwowało, przy okazji wziął ze sobą gałązkę która uratowała jego życie. Kto wie może jeszcze się przyda. Nie wiedział w sumie co może zrobić. Każdy był zajęty, ale jak tak będzie ciągle uciekał to nic się nie zmieni. Widział kamyczek Nagle wpadł mu do głowy pewien plan. Gdy potwór chciał go zjeść to najpierw wsadził w jego mordę gałąź. Niestety ta ledwo się trzymała, a raczej praktycznie nic się nie trzymała, tylko wkurzyła bardziej czerwia, ale Drake korzystając z tej sekundy uniósł kamień i wsadził go w gębę czerwia. Normalnie, gdyby był pomiędzy szczękami, to by został z niego proszek, ale wrzucił go mu prosto do gardła, i gdy stworek bawił się z tym, próbując to wypluć, albo rozwalić, to Altair już dawno się ulotnił.

W oddali zauważył swój oddział który stał w zupełnym bezruchu i ciszy. On sam do nich dołączył i popatrzył się na nich. Wcześniej uczył ich języka migowego więc teraz postanowił wykorzystać go w praktyce. Co ciekawe każdy go rozumiał, więc to był jedyny plus tej całej sprawy. A jednak się to przydało. Kto by się spodziewał. Obmyślali plan korzystając z migowego. A w sumie powiedzieli krwistookiemu co się dzieje w okolicy i pytali się, czy wie jak to ogarnąć. On sam im przekazał, że najprościej byłoby lotem, ale jednak te czerwie nie są takie głupie i wyczuwają najwidoczniej drgania powietrza nawet podczas lotu. Wskazał im miejsce gdzie są kamienie i kazał je porozrzucać i zrobić z nich drogę. Na początku zostanie rzut nim wyczuty, ale zważywszy na to, że kamień to nie jest żywa istota, to nie zostanie pożarty, a są za głupie, by ogarnąć, że rzucił je saiyan. Dlatego kazał im zrobić drogę, przez całą pustynie. Ci normalnie, by uznali, że zamienił się z Kenzuranem na mózg, ale wiedzieli, że w tym wypadku ma rację i postanowili to tak zrobić. Przynajmniej dopóki nie wpadną na nic lepszego. Dopiero potem ogarnęli, że kamieni na całej pustyni było po prostu za mało. No to po planie. Musiał wpaść na coś innego. Ale plan był dobry. Nagle jednak kazał im w pewnej odległości kopać dół. Na pustyni! W jakim celu tego nie wiedział nikt, ale mimo wszystko to zrobili, chociaż uważali, że to jest bez sensu.

W końcu jednakże ich zostawił i poszedł dalej. Dawali radę, więc nie będzie im przeszkadzał. Czuł bowiem, że tutaj przynosi pecha. Albo jest chodzącym pechem. I nawet nie minęła chwila, gdy usłyszał głośny ryk i zobaczył goniącą go wielką kropkę. To ten sam ogromny robal, co ostatnio walnął z łoskotem o powierzchnie. Chyba było mu mało. Drake tylko wrednie się uśmiechnął. Wiedział, że ma przerąbane, a może przeczerwane, ale w jego głowie zaświtał bardzo ryzykowny i niebezpieczny plan. Zaczął jak najszybciej uciekać. Niestety stwór zbliżał się bardzo szybko, więc Altair był zmuszony użyć całej swojej szybkości, byleby tylko dać radę. To coś zbliżało się coraz bardziej i bardziej, i nagle chłopak zaczął wręcz krzyczeć na cały głos w celu zdenerwowania tego czerwia jak i pewnej innej istoty.
- Widzę, że podobało się to jak nastąpiłem na Twoje dziecko co? Jeśli je znajdę to nawet na niego skoczę. Hahahahaha!
Roześmiał się na całą pustynie. Czerw się chyba nieźle zdenerwował, bo jeszcze bardziej przyspieszył, ale ziemia ponownie zadrżała i stało się coś okropnego, czego prawie nikt się nie spodziewał. Nikt oprócz czarnowłosego, bo o to mu chodziło. Mianowicie z Ziemi wyłonił się kolejny tak samo duży i brzydki czerw. Najwidoczniej to była rodzinka, a może nawet przywódcy tego roju. Z uśmiechem na ustach zaczął biec w jego kierunku, a nie w zupełnie przeciwnym czego nikt nie ogarniał, gdy to zauważyli. Drake na domiar złego krzyknął do tamtego stworzenia.
- Lepiej dobrze schowaj swoje dziecię, bym przypadkiem na nie, nie usiadł. Ahahahaha!
Ponownie się roześmiał i wkurzył oba czerwie nie na żarty i oba ruszyły w jego kierunku niczym długie i potężne wale uderzeniowe pełne ogromnych zębisk. Drake tylko przyśpieszył swoje ruchy. Dla innych wyglądało to tak, jakby oszalał i chciał popełnić samobójstwo, co oczywiście było błędem. Nawet jego oddział nie wiedział co ten idiota robi. Myśleli, że nagle zgłupiał z tego wszystkiego i chcieli już do niego lecieć i go uratować, gdy nagle zauważyli coś do czego sami się wcześniej przyczynili. Drake był pomiędzy młotem a kowadłem, ale taki był w sumie zamysł. Był coraz bliżej i bliżej, tak, że czuł podwójny smród, który chociaż nie dorównał temu co czuł na arenie, to jednak i tak robiło mu się nie dobrze. Gdy już powoli obie szczęki znalazły się przy nim to on nagle znikł. Jakby zapadł się pod Ziemię. Nawet potwory nie zdążyły się zdziwić, bowiem walnęły głowami mocno o Siebie, aż można było usłyszeć huk, a następnie padły na ziemię z powodu tego ogłuszenia.

Chłopak wyłonił się jakby nigdy nic. Niczym czerw! Czyżby uczył się od czerwi-senseiów podróżowania pod ziemią? Może im to ukradł? Nie! Wykopana dziura na coś się przydała. Zastosował podobny plan co z dwiema falami uderzeniowymi podczas egzaminu. Kto by się jednakże spodziewał, że na coś takiego wpadnie. Ale to nie był koniec jego planu. Zaczął bowiem bardzo szybko biec po pustyni jakby czegoś szukał. Chociaż małpy były zdziwione tym co zrobił, to teraz już w ogóle zgłupiały. Ten zamiast uciekać, to szuka czegoś na niebezpiecznym terenie. Szczęścia szuka? Zgubił je czy jak? A może ogon mu wypadł po drodze, że aż tak się tymi poszukiwaniami martwi. Dopiero w oddali mogli zauważyć uśmieszek na jego twarzy i wypowiedziane słowa.
- A kogo My tu mamy? Witaj ponownie mały kumplu.
Trzymał bowiem w swoich rękach małego czerwia, na którego wczśsniej nadepnął. Oczy ogoniastych prawie im uciekły z orbit, a szczęki znalazły się na ziemi. Co on kombinował? Chce je wkurzyć jeszcze bardziej? Wyglądało to tak jakby gładził stwora niczym jakiegoś węża.
- No kolego. Ty to zacząłeś, i Ty to zakończysz. Mam nadzieję, że mi w tym wszystkim pomożesz co?
Zapytał się chociaż wiedział, że ten nawet jakby potrafił mówić, to nic by się na to nie zdało, bo nie miałby na to wpływu. Mały robak natomiast użarł go w palec. Na co sam krwistooki syknął z bólu.
- Ty kurwo...
Aż przeklął z tego wszystkiego. Mały śmietnik. Na całe szczęście nie stracił palca. Za karę go przycisnął, że ten pisnął z bólu niczym jakaś zabawka, co wyzwoliło śmiech w czarnowłosym sadyście. Na ten dźwięk, wszystkie czerwie z okolicy zaczęły patrzeć się w jego kierunku będąc lekko zdenerwowane. Co prawda lekko to za mało powiedziane, ale to nie jest teraz ważne. Ważne, było to, że wszystkie ruszyły w jego kierunku!

Teraz zaczęła się prawdziwa zabawa. Drake rozpoczął to czerwiem, to i czerwiem to zakończy! Od razu zaczął biec przed Siebie. Jego plan był bardzo prosty. Tylko pytanie, czy faktycznie jest taki prosty jak mu się zdaje. Pędził przed Siebie jak tylko najszybciej mógł. Nie miał zamiaru skończyć jako obiadek. Dwa ogromne stworzenia, zapewne mama i tata tego smyka również się wybudziły z powodu pisku, i były straszliwie wkurzone. On to uwielbiał. Wkrótce wyścig małp zmienił się w wyścig czerwi i małpy. Małpa i czerwie. Prawie jak przyjaciele. Prawie. Co jakiś czas podczas biegu ściskał czerwika jak jakąś zabawkę, wkurzając tym jeszcze bardziej swoich nieprzyjaciół oddalając się jeszcze bardziej i bardziej od saiyan i nie tylko, ale wiedział, że to wszystko mu się powiedzie. Wierzył w swój plan który stworzył w sumie z powietrza. Wpadł na ten pomysł przypadkiem. Na szczęście znalazł go w tym samym miejscu co wcześniej na niego nadepnął. Problem był taki, że wszystko wyglądało tu tak samo, i tylko mały ślad po jego nodze, pokazał, że to było to samo miejsce. Oddalał się od swoich towarzyszy jeszcze bardziej, tak że ledwo już ich widział. W ogóle trzeba przyznać, że ani razu nie użył lotu do tej pory, ani nie zawołał elity. Zamierzał sam to załatwić i naprawić. Nienawidzi, gdy ktoś naprawia to co On sam zepsuł. Chyba, że on sam nie miałby takiej możliwości, czy umiejętności wtedy nie ma wyboru. Ale jeśli chodzi o takie sytuacje, to nie zgadza się, by ktoś ją naprawił za niego! Gdy był już w dość dużej odległości to używając całej swojej siły, nagle wyrzucił młodego czerwika daleko na wprost, a na koniec dodał, bez okazywania strachu.
- Możecie próbować mnie zjeść, ale nie dam tak łatwo się Wam zabić, a z każdą sekundą którą na mnie wykorzystacie, to będzie kolejna sekunda mniej na uratowanie młodzika. Jeśli tylko polecę do góry, to możecie zapomnieć o szybkim pozbyciu się mnie, ale ja nie mogę Wam zagwarantować tego, że nie wyląduje On na jakiejś skalistej powierzchni.
Po czym gdy te były strasznie blisko to skoczył do góry unikając tym samym paszczy. Co ciekawe nie zatrzymały się i nie próbowały go zjeść, tylko pędziły w kierunku lotu małego szkraba, który już dawno zniknął za horyzontem. On sam korzystając z okazji, nie chciał, by przypadkiem zawróciły się w jego kierunku to zaczął uciekać do swoich. Po pewnej chwili dotarł do towarzyszy, a czerwi nie było ani widać, ani słychać. Cała pustynia była tak cicha, jakby ktoś umarł. Dopiero po paru minutach ponownie się odezwał Altair.
- To co... Kontynuujemy wyścig?
Zapytał niewinnie z lekkim uśmiechem i rumieńcem na twarzy, jakby to nie On spowodował to co się wszystko tutaj zdarzyło. Dopiero, gdy dostał znać, że mają wracać biegiem do akademii to wszyscy ruszyli ponownie.

OOC:
 
Powrót do góry Go down
Xalanth
Dyplomata
avatar

Liczba postów : 84
Join date : 17/11/2015

Scouter
Walka Wręcz: Amator
Walka Bronią: Brak umiejętności
Kontrola KI: Praktykant

PisanieTemat: Re: Pustynia   Sob Maj 13, 2017 9:48 pm

Xal siedział w nowym mundurze, przygotowanym do dyplomatycznego zadania, między dwoma rosłymi, na których twarzach malował się pogodny wyraz twarzy. Obaj trzymali ogon Xala swoimi.
-I co, mówiłem, że będziemy delikatni.-Dakon patrzył z góry na Xala-Coś sobie myślał, kadeciku?-strzelił chłopakowi pstryka w ucho.
-Ja? N...Nic! Zupełnie nic! Przysięgam!-Xalanth podniósł ręce w geście obronnym.
-Nie kłam, zboczuszku jeden.-Negi także popatrzył na ogoniastego.-Nie ruszamy rzeczy z odzysku.
Słowa Negiego zabolały Xalantha. Nie był przecież przedmiotem. Nie mógł im jednak odpyskować, bo byli starsi rangą. Mogli bez problemu donieść na niego, a cała jego ciężka praca rozkruszyła  by się niczym porcelanowa waza. Nie chciał tego. Zatem, pozostało mu znosić chamskie zachowanie dwóch ochroniarzy.
Ukradkiem przyglądał im się uważnie, chcąc zrozumieć motywy ich działa. Nie potrafił zrozumieć, co nimi kierowało. Wtedy przypomniał sobie swoje zachowanie. Niczym się nie różniło od tego, z którym teraz miał styczność. Jednak karma potrafiła wracać, o czym Xal już wcześniej mógł się przekonać.
Spojrzał na siedzącego po lewej stronie jegomościa. Z racji tego, że chciał wyjrzeć przez okno, musiał się nieco nagimnastykować. O tyle dobrze, że pozwolił Xalowi wesprzeć dłonie na swoich kolanach, aby mógł to zrobić.
Źrenice ogoniastego rozszerzyły się kiedy to ujrzał za szybą piaskowe mątwy, które leciały równolegle do ich maszyny. Otworzył buzię z zachwytu.
-Zamknij paszczę, bo nie chcę się zarazić twoja głupotą.-Dakon zmrużył oczy, patrząc na chłopaka.-Poza tym, co w nich takiego fascynującego?
-Sam wygląd, ich przystosowanie do życia na planecie. Jak one potrafią przeżyć, skoro są roślinożerne? Na Vegecie nie ma dużo roślinności, więc czym się żywią?-Xal z podniecenia zaczął merdać ogonem na prawo i lewo.
-Zabieraj mi ten ogon sprzed nosa, kadeciaku.-Negi złapał Xala za puchaty dodatek ściskając go dość mocno.
-Aua!-Xal szybko usiadł na swoje miejsce.
Zaczął masować obolały ogon.
-Mój ogon...dlaczego...to bolało...-Xal spojrzał z wyrzutem na tego, który zrobił mu krzywdę.
-Nie patrz tak, panienko. Trzeba było nie majtać tym ogonem przed moim pięknym nosem.-Negi odwrócił głowę, aby nie patrzeć na Xala.
-Ale to bolało...-ogoniasty dalej masował obolałe miejsce.
-Zaraz będziemy na miejscu.-Dakon popukał w szybę, aby zwrócić uwagę skulonego Xala.-Więc weź się do kupy, bo ci pomożemy.
Xal tylko skinął głową, że zrozumiał.
-I uznam, że zgodziłem się, abyś nam mówił na ty, kadeciaku.-Negi zwrócił Xalowi uwagę, odnośnie jego sposobu odnoszenia się do nich.
-Przepraszam!-Xal zaczął przepraszać.
Zacisnął mocno powieki, po czym skulił się.
-Wszyscy wiedzą, co cię spotkało, więc już się ogarnij. Nie pozwól, żeby przeszłość cię zniszczyła.-rzucił Dakon, patrząc w krajobraz za oknem.-Przyjaciółmi to my nie będziemy, ale znamy twoją sytuację, więc...możemy, z łaski czasem ci pomóc. Jednakże...-odwrócił się do młodziana łapiąc go za fraki-Powiedź o tym komuś, a dosłownie zrobimy ci z tyłka kuchenne rewolucje. Jasne?-puścił Xala, gdy ten pokiwał głową.-I tak ma być.-Dakon usiadł wygodniej.
Xal tym bardziej miał mętlik w głowie, patrząc na dwóch ochroniarzy. Może jednak, saiyanie wcale tacy bezuczuciowi i bezmózgowi nie byli? Może się tylko z tym ukrywali, bo przecież podobno uczucia to słabość czyż nie?
Xal już nie mógł się doczekać spotkania z osobą z ambasady, a ta była coraz bliżej, więc i napięcie w sercu Xala rosło. Xalanth zatem musiał się uspokoić, dlatego skupił się myślami na sowim synu, bo to zawsze mu pomagało.


z.t ->ambasada Tsufuli[/color]
Powrót do góry Go down
Xalanth
Dyplomata
avatar

Liczba postów : 84
Join date : 17/11/2015

Scouter
Walka Wręcz: Amator
Walka Bronią: Brak umiejętności
Kontrola KI: Praktykant

PisanieTemat: Re: Pustynia   Nie Cze 04, 2017 2:37 pm

->ze stolicy na pustynię

Próbował, bo był dyplomatą, więc to należało do jego obowiązków. Nie jego wina, że dopiero się uczył, że póki co bedzie popełniać błędy, bo przecież jest na początku drogi jako dyplomata. Z początku, nie dostrzegł, kto zawitał do lokalu, póki osobnik nie odezwał się. Nie skojarzył od razu, kogo właśnie jego oczy widzą, póki nie dostrzegł medalionu. Przełknął ślinę, a następnie jak na kadeta przystało od razu zasalutował należycie. Dał nawet krok w tył, żeby ustąpić miejsca Hayato. Tego, to się tutaj za cholerę nie spodziewał. Musiał przyznać, że dziejszy dzień byl naprawdę pełen niespodzianek. Najpierw Greefis i Śliwa, teraz kapitan Hayato.
Przysłuchiwał się jak Hayato załatwia sprawę w trybie błyskawicy. W sumie, gdyby nie on, to pewno by tu jeszcze gnili z Greefisem, który to wyleciał teraz na kopach z budynku. Tylko, po prawdzie, to cała ta sytuacja była spowodowana zachowaniem Śliwy. Greefis czy Xalanth nie byli niczemu winni, że tamtej idiota prawie zamordowal tego sprzedawcę.
Nie miał zamairu się odzywać, przynajmniej na razie, jak został złapany za fraki i wyciągnięty ze sklepu, a potem wrzucony do samochodu. Po prostu prześwietnie, z jednej strony graty, z drugiej Hayato. Czuł się jak w jakiejś klatce.
Oparł łokieć o jeden z kartonów, aby na dloni wesprzeć policzkę. Poruszał nerwowo ogonem. Trochę ze strachu, trochę z tego, że znowu za pomoc dostal po łbie. Zerkał ukradkiem na Hayato siedzącego obok niego. Nie umknęły mu uwadze te wszystkie blizny. Ciekawiło go ile wojen musiał stracić, skoro jego ciało wyglądało jak wyglądało, a także jak musiał być zasłużony. Przyjrzał się też dokładniej świecącej ozdobie. Pozdazdrościł kapitanowi takiego pochodzenia. Inni mają przed tobą respekt, ale też pewnie dlatego, że był zaprawiony w boju żołnierzem. Xal też by tak chciał, ale wiedział, że może do tego dojść ciężką pracą. Miał tylko nadzieję, że hayato nie strzeli go przez łeb za to, że tak zerkał na niego. Nie jego wina, że skoro miał okazję być koło kogoś tak szanowanego, blisko chciał się trochę napatrzeć na ten widok.
Xal westchnął głośno, patrząc na świat za oknem, poruszał przy tym ogonem. Długo bił się z myślami czy powinien się odezwać, ale w sumie nie wiadomo kiedy nadaży się kolejna taka okazja, by z kimś takim pogadać? Może nawet wcale. Zatem postanowił, że jednak się odezwie.
-Sir kapitanie, dziękuję za pomoc w rozmowie z tym sprzedawcą. -jak przystało na Xala, najpierw musiał podziękować i nie była to chęć podlizania się w jakikolwiek sposób-Gdyby nie sir, to pewnie dalej byśmy z Greefisem tkwili w tej beznadziejnej sytuacji. Wiem, mogłem to zrobić lepiej, cóż na drugi raz będę pamiętać, za co przepraszam. Przyjmę każdą wymierzoną karę z pokorą, sir.-właśnie to odróżniało ogoniastego od innych.
Xal potrafił przyznać się do tego, że coś po prostu spierdolił co nie raz zadziwiał tym innych, którzy chowali ogon pod siebie i spierdalali tudzież zwalali na kogoś innego.
-Sir kapitanie i radził bym coś zrobić ze Śliwą i jego zachowaniem, bo to się staje niebezpieczne. W jego mniemaniu, niewinne zabawy mogą doprowadzić do katastrofy. Jakby tsufulianie się uparli, mogli by wykorzystać jego głupi żart za próbę zabójstwa jednego z nich i uznać to za zamach i zerwać traktat. Do wywołania jakiegokolwiek konfliktu czy wojny wystarczy czasami drobnostka. W tym wypadku, taka drobnostką jest zachowanie Śliwy, który nie zna umiaru. Jak tsufulianie będą chcieli nas zaatakować, to to zrobią tak czy siak, a Śliwa swoim zachowaniem tylko się im podkłada i naraża do tego nas. Żarty żartami sir kapitanie, ale trzeba znać w nich umiar. Jakby ten facet umarł przez jego żart, to ja bym na miejscu tsufulian posądził nas o złamanie traktatu i odmówił współpracy, a nawet rzadał roszczeń za śmierć jednego z nich. I na pewno, sir kapitanie nie miałbym pretensji do Śliwy, tylko do osób, pod które należy, że nie potrafią upilnować jednej szalejącej na całego jednostki. Sir, ja rozumiem, że on jest potrzebny, jak każdy, ale musi też znać janse granice, których nie wolno mu przekraczać. To, że projektuje zbroje nie znaczy, że mu wszystko wolno, sir kapitanie. Zawsze się znajdzie ktoś lepszy od niego, tak jak ode mnie czy ewnetualnie od pana.-nie był pewien czy dobrze zrobił wypowiadając ostatnie zdanie, ale cóż, wolał stąpać po twardej ziemi, a niebujać w obłokach-I proszę o wybaczenie sir kapitanie, za dosadność w moich słowach, ale jako dyplomata muszę dostrzegać to, czego inni nie są czasami w stanie dostrzec. Muszę postawić się na miejscu drugiej strony, myśleć jak ona i patrzeć, co może wykorzystać przeciwko nam, także nie miałem zamiaru w jakikolwiek sposób pana obrazić kapitanie.-odwrócił wzrok, aby patrzeć na świat za oknem czyli tonę piasku, który jak tak dalej pójdzie będzie mu się śnić po nocach.
Miał tylko nadzieję, że za bardzo sobie nie nagrabi u Hayato, bo chyba się nie pozbiera, jak mu się dostanie wpierdol od niego.
Powrót do góry Go down
NPC

avatar

Liczba postów : 289
Join date : 19/05/2015

PisanieTemat: Re: Pustynia   Nie Cze 04, 2017 6:17 pm


Mężczyzna przez cały czas siedział i zwyczajnie przeglądał wydane rozkazy na swoim pseudo tablecie czy jakby to można nazwać, nie miał w tej chwili nic lepszego do roboty, więc właśnie tym się zajmował. Nie obchodziło go to, że początkujący dyplomata się na niego gapi, przywykł do tego, że zawsze młodsi stopnień wlepiają w niego ślepia, zazdroszcząc pochodzenia i pozycji. W chwili kiedy kadet się odezwał i zaczął swój cholernie długi monolog, Draconus go słuchał, bo niby czemu miałby olać gorączkowe próby wytłumaczenia? No właśnie. Oczywiście nie oszczędził mu komentarza co do tego wywodu.
-Nie będziesz miał żadnej kary, zrobiłeś swoje. Co do tego zielonego łba to lepiej nie spędzaj z nim zbyt dużo czasu, bo zaczniesz się wysławiać jak on. Sama sytuacja i winni zostaną ukarani w odpowiednim czasie.
Po tych słowach ponownie spojrzał w swoje urządzonko, aż jego ślepia dostrzegły coś niezwykle ciekawego, aż miał ochotę sam się wybrać w to miejsce. Uśmiechnął się pod nosem, po czym skierował ekran swojej „zabawki” w stronę początkującego dyplomaty, by ten mógł to zobaczyć. Czy łamał jakieś przepisy, ujawniając to? Może, ale miał to w dupie.
-Niezła miejscówka dla ciebie.
Xal mógł wtedy dojrzeć wszelkie informacje o nowej kolonii, która posiadała akademię tylko dla dyplomatów, gdzie ci mogli uczyć się swego fachu. Oprócz tego mógł tam wyczytać, iż planeta jest niezwykle piękna pełna roślinności oraz atrakcji turystycznych, porządnych szkół i innych miejsc edukacyjnych Itp. itd.
-Chciałbyś się tam wybrać co?
Powrót do góry Go down
Xalanth
Dyplomata
avatar

Liczba postów : 84
Join date : 17/11/2015

Scouter
Walka Wręcz: Amator
Walka Bronią: Brak umiejętności
Kontrola KI: Praktykant

PisanieTemat: Re: Pustynia   Nie Cze 04, 2017 7:23 pm

-Panie kapitanie, mogłem to zrobić lepiej, więc nawaliłem jako dyplomata. Jakby to chodziło o zapobiegnięcie wojny, to własnie teraz, mielibyś wojnę, sir.-odparł całkiem poważnie.-Sir, nawet jak się ograniczy kontakt z daną osoba, będzie ona miała na nas jakiś wpływ. Tyczy się to sposobu mówienia, zachowania, upodobań, chociaż te ostatnie niekoniecznie i tym podobne, sir. Także prędzej czy później, coś przejmę po Greefisie, sir.-zerknął na rozmówcę, bo nie wypadało nie patrzeć podczas rozmowy na druga osobę.
Nic już więcej Xal nie mówił. Był strasznie zły na siebie za to, że mógł sobie poradzić zdecydowanie lepiej, a tak dał ciała na całej lini i nie mógł sobie tego wybaczyć.
Zacisnął dłoń w pięść, aż dało się słyszeć naciągania materiału. Końcówka ogona drżała delikatnie, dając do zrozumienia, że jest zdenerwowany. Plus tej całej sytuacji był taki, że w teorii mu się nie oberwie za spieprzone zadanie. Chociaż, kto wie z kimś takim jak Hayato wszystkiego można było się spodziewać. Zwłaszcza niespodziewanego.
Odleciał myślami na rozważaniu możliwych opcji, które przegapił podczas rozmowy ze sklepikarzem. Coraz bardziej się denerwował, że mógł zrobić pewne rzeczy, o których nie pomyślał.
Dopiero kolejne słowa kapitana, wybiły Xala z rozmyślań. Spojrzał na to, co pokazywał mu Hayato, ale szybko odwrócił głowę w drugą stronę.
-Proszę mi wybaczyć impertynencję sir, ale łamie pan zasady udostępniając mi takie informacje. Proszę to zabrać, gdyż nie jestem upoważniony do otrzymywania tak ich rzeczy, sir.-owszem, Xal był ciekawy tego, co mu pokazywał Hayato, ale nie ma mowy, że da się podpuścić.
Pewnie, że by chciał jechać w takie miejsce, ale się nie przyzna. Własne zachcianki nigdy nie miały pozwalać do łamania regulaminu, jakiegokolwiek w sumie. W ogóle nie rozumiał, co ten Hayato sobie myślał. Może i byl kimś ważnym, ale regulamin obowiązywał każdego. Nawet takiego kogoś jak Draconus.
-Regulamin obowiązuje każdego, sir. Nawet pana.-odparł, patrząc za świat za oknem.
Trudno, najwyżej mu się dostanie za takie gadanie, ale nie ma mowy, że pozwoli na łamanie regulaminu.
Zaczął się zastanawiać, jak sobie radzi Mexmera z Artichem. Tęsknił za synem, a ostatnio znowu nie miał tyle czasu ile by chciał.
Xalanth wsadził rękę pod zbroję. Wyjął spod niego medalik, który należał kiedyś do jego ojca. Otworzył go. Przyglądał się przez chwilę zdjęciu rodzicom,  którzy trzymali na rękach jego i Mexmerę. Ile by dał, by być tak dobrym jak matka. Jednak najpierw musiał ogarnąć samego siebie, bo nadal jeszcze do końca się po stracie rodzicieli nie pozbierał. Ukrył medalik, po tym jak go zamknął. Spojrzał ukradkiem na Hayato, po czym wrócił do patrzenia za świat przez oknem.
-Mama mi dużo o panu opowiadała, sir.-odparł, od tak sobie nawet nie wiedział czemu w sumie-Powiedziała, że jeśli pójdę w jej ślady, to pana spotkam i się nie pomyliła. Szkdoa tylko, że spotkałem pana kapitana w tak beznadziejnym momencie i musiał pan być świadkiem tego, jak jestem beznadziejny.-znowu pokazywał to, jak bardzo jest dla siebie krytyczny.
Nic już więcej nie powiedział. Skupił się na krajobrazach mijanych za oknem. Jego powieki powoli zaczynały opadać, ale nie mógł sobie pozwolić na sen. Nie teraz, nie przy kapitanie Hayato, gdyż pokazałby się od jeszcze gorszej strony. Poza tym, to mogło by zostać uznane za zniewagę wyższego rangą. Musiał więc, zanaleźć sobie jakieś zajęcie. Przypomniał sobie o elektronicznej mapie, którą kupił w stolciy Tsufili, więc wyjął ją, włączył i zaczął ją dokładnie studiować. Miał tylko nadzieję, że nie zostanie to uznane za ignorowanie Hayato, gdyż nie chciał mu podpaść, dlatego co jakiś czas zerkał na niego ukradkiem obserwując jego reakcje, jak również to czy znowu się do niego odezwie.
Może i tego nie pokazywał, ale w środku Xalanth cieszył się, że spotkał kogoś takiego jak kapitan. W końcu w akademii słyszał o tym, jakim autorytetem cieszy się siedząca obok osoba. Nie każdy ma możliwość przebywania tak blisko kogoś, kto jest tak wysoko postawioną osobą. Na pewno jak wróci do domu to opowie synowi o tym spotkaniu. Na samą myśl, kącik jego ust nieznacznie sie uniósł, co Hayato mógł bez problemu dostrzec.
Powrót do góry Go down
NPC

avatar

Liczba postów : 289
Join date : 19/05/2015

PisanieTemat: Re: Pustynia   Wto Cze 06, 2017 1:27 pm


Kapitan niezwykle zaskoczony odmową spojrzenia na przedstawiane niby poufne dane, do których tak naprawdę dobrałby się nawet haker amator, gdyż nikt specjalnie nie troszczył się o właśnie tego typu informacje. Mężczyzna nie zamierzał podejmować kolejnej próby, bo już wiedział z jak zasadniczym osobnikiem ma w tej chwili styczność.
-Nie to nie, żałuj.
Prychnął i dalej bawił się swoją zabawką, miał sporo ciekawych danych, które interesowały go tylko z tego względu, iż lubił bywać w nowych koloniach, które były tak zróżnicowane nie to, co ta planeta. Gadka o regulaminie zupełnie go nie obeszła, w ogóle go ten cały regulamin nie obchodził, robił to, na co tylko miał ochotę jak zwykle.
-Jakbym go stosował, to w życiu niczego bym nie osiągnął.
Po tych słowach zwyczajnie się relaksując, wyciągnął z kieszeni pod pancerzem małą piersiówkę wypełnioną przednim trunkiem. Na samym naczyniu był wygrawerowany rodowy herb, jak również dane właściciela. Bez żadnego skrępowania odkręcił korek, a następnie pociągnął z gwinta porządnego łyka. Omal się nie zakrztusił, słysząc słowa kadeta, który najwyraźniej musiał pomylić go z jego starym, przynajmniej nie pojmował, jak matka mogła mu opowiadać o jego osobie, kiedy to dzieliło ich około 10 lat różnicy w wieku. Kiedy już mu względnie przeszło ponownie napił się trunku, a następnie spojrzał na Xal'a.
-Na pewno nie pomyliłeś osób? Może opowiadała ci o moim ojcu? Nas dzieli około 10 lat różnicy wieku.
Tylko tyle odpowiedział na to wszystko i zajął się swoimi pierdółkami, przy czym spokojnie co jakiś czas popijał sobie zacny trunek, który zawsze miał przy sobie. Miał wolne, mógł robić, co mu się podoba, a nawet jak nie miał to i tak robił, co tylko chciał.
Powrót do góry Go down
Xalanth
Dyplomata
avatar

Liczba postów : 84
Join date : 17/11/2015

Scouter
Walka Wręcz: Amator
Walka Bronią: Brak umiejętności
Kontrola KI: Praktykant

PisanieTemat: Re: Pustynia   Wto Cze 06, 2017 1:59 pm

Na słowa kapitana Xalanth głośno westchnął.
-Nie o to chodzi, że nie chcę. Tylko wolałbym jakoś bardziej formalnie się o tym dowiedzieć czy coś, sir. Pan kapitan nie dostanie po głowie za to, że udzielił mi takich informacji tylko oberwę po ognie ja.-Xal spojrzał z uwagą na Hayato.
Nie rozumiał, czemu ten facet zdawał się być taki surowy. Zapewne był bardzo wymagajacy, jak jego ojciec, tak na pewno tak musiało być. Poza tym, w jego oczach było to coś, co ciężko było nazwać, ale znał to. W oczach jego ojca ten blask także widniał.
Xal merdał ogonem, myśląc co powinien zrobić, bo w sumie jakby nie patrzeć swoje zadanie wykonał, a to, że chciał pomóc Greefisowi to inna bajka. Obserwował tsufuli, ale nic dziwnego nie zaobserwował, więc skoro wszystko zrobił to czy też aby nie miał niejako wolnego? Zaczął się nad tym powaznie zastanawiać.
Zdziwił sie, kiedy to Hayato wyjął piersiówkę.
-Jest pan niemożliwy, sir.-rzucił krótko, bez jakiegoś strofowania czy coś w tym stylu.
-W takim razie sir, całkiem możliwe, że o pana ojcu.-Xal owinął poruszał ogonem na prawo i lewo.
Skoro miał zacząć rozmawiać z Hayato, to odłożył elektroniczna mape na bok.
-Naprawdę, jest sir tylko o dziesięć lat starszy ode mnie? Nie widać.-zerknął na piersiówkę, którą miał Hayato-To mówi pan, że regulamin czasem można złamać, żeby do czegoś dojść?-zagadał znowu do kapitana.
Wykorzystując moment nieuwagi zabrał mu piersiówkę i bez namysłu wypił całą jej zawartość.
-Najwyżej mi się dostanie..chick...-czknął patrząc na kapitana.-Te...panie kierowca...stój no chick...-zmusił kierowcę, aby się zatrzymał-...chick...-policzki Xala zrobiły się czerwone od nadmiaru alkoholuSir kapitanie...-próbował wyjść z auta, przechodząc przez kolana Hayato.
Tak trochę mu się nie udało, bo jak otworzył drzwi, to zleciał w taki sposób, że twarzą zarandkował z piaskiem. Takim oto sposobem, Xal częściowo leżał na kolanach Hayato,. Temu zaś, nie koniecznie mogło się podobać takowe położenie kadeta-dyplomwaty, który nawalony na całego próbował wyleźć z pojazdu.
-Proszę...niech mnie pan przetestuje...- Xal jakoś się wydostał-...Ja wiem, że nie mam z panem szans...chick...ale chcę wiedzieć czy się w ogóle do czegoś nadaję...przecież jako dyplomata, też muszę walczyć...chick...-Xal nie żartował ani trochę, ale to dlatego, że się zwyczajnie najebał.
Spojrzał na Hayato z uwagą. Całe jego policzki były czerwoniutkie.
-Ja wiem, że mi pan wpierdoli..chick...ale proszę...sir...ja muszę to wiedzieć...czy nadaję się na wojownika czy nie...chick...-stał tak na piasku, przed samochodem i wgapiał się w Hayato.-Proszę sir...chick...muszę wiedzieć, czy będę w stanie obronić bliskie mi osoby...chick...nie tak jak ostatnio...chick...poza tym chick...-to się nazywało desperactwo, w wykonaniu Xala.-...nikt mi nigdy nie pomagał..chick...wszystko musiałem robić sam...chick...nawet teraz...nikt mi pomagać nie chce...chick...no dobra...pomaganie przy synu to co innego...chick...bo ja dla syna zrobię wszystko..chick...tylko jak mogę go obronić..chick jak nie umiem zadbać o siebie..chick...mam już dość robienia wszystko sam..chick...nie mam już siły na to...chick...Mexmera zawsze miała z górki...chick...a ja co...bo pierwsze dziecko...chich...masz być chlubą i dumą...nie przynoś wstydu...jak się zachowujesz...wyprostuj się..chick..-Xal wlepiał cały czas wzrok w Hayato.-...chcę w końcu pomocy...nic więcej..chick..tylko pomocy...chick...czy to serio...aż tak duże wymaganie...chick...czemu Mexmera miała lepiej ode mnie...chick...to nie w porządku..chick...-Xal nie był w stanie ustać długo na nogach, więc klapnął na tyłek, a piach uniósł się nieznacznie-Kurwa...chick...nawet nie mam siły stać...ja pierdolę...-poleciało kilka przekleństw z tej zapijaczonej uroczej Xalowej mordki.-Ojciec miał rację...chick...że jestem beznadziejny...chick...-Xal owinął swój ogon wokół pasa i siedział na piasku najebany na całego.
Powrót do góry Go down
NPC

avatar

Liczba postów : 289
Join date : 19/05/2015

PisanieTemat: Re: Pustynia   Sro Cze 07, 2017 7:48 pm


To, że został okradziony z w chuj drogiego trunku, to jeszcze mógł wybaczyć, ale to, że kadet, będąc na służbie wyduldał wszystko, co do kropelki, to już ani myślał mu wybaczyć!. Żeby jeszcze miał on mocną głowę do picia, ale gdzie tam skutek od razu był widoczny, gdyż Xal napierdolił się jak meserszmit. Kiedy to w końcu wytoczył się z pojazdu poprzez kolana wyższego rangą, ale pokarało go, kiedy zarył gębą w piach. Jak tylko znalazł się poza autem, również mężczyzna wylazł i obserwował, narąbanego mając całkiem niezły ubaw. Najpierw chciał on jakiegoś sprawdzenia, na co kapitan głośno się roześmiał.
-Żebyś jeszcze był trzeźwy, to może bym cię przetestował, ale w takim stanie to nie masz co marzyć.
Ledwie to powiedział, mając wracać do pojazdu, kiedy to usłyszał jak ten ledwie 10 lat młodszy facet, zaczyna się nad sobą użalać, jakby to był jedynym, na którym pokładano nadzieję. Na tej planecie każdy miał przesrane zwłaszcza ci najstarsi. Westchnął jedynie i podszedł do niego, po czym przypierdolił mu porządnie w łeb i chwytając go za fraki, zaciągnął z powrotem do miejsca postoju. Władował do pojazdu, zatrzaskując za nim drzwi, zaś sam zajął miejsce obok kierowcy, każąc mu jechać pod dom tego nieodpowiedzialnego kadeta.


z/t ---> chupka Xal'a
Powrót do góry Go down
Xalanth
Dyplomata
avatar

Liczba postów : 84
Join date : 17/11/2015

Scouter
Walka Wręcz: Amator
Walka Bronią: Brak umiejętności
Kontrola KI: Praktykant

PisanieTemat: Re: Pustynia   Sro Cze 21, 2017 11:11 pm

Xalanth leciał za teściem. Nie odzywał się przez cały lot. W sumie, nadal był na niego obrażony za to, co było wcześniej. Mimo, że pogodzili się, to nie podobało mu się te kilka wypowiedzianych słów przez Paragu. Jednak, z jednej strony mu się nie dziwił. Jakby nie patrzeć nie pokazał się wcześniej od tej dobrej strony. Jak May zaciążyła, to po prostu spieprzył i uciekł przed odpowiedzialnością. Dał ciała na całej linii, a potem dostał po dupie za to. Stracił ukochaną kobietę, a do tego rodziców.
Braveheart przysunął się nieznacznie do Paragu. Podrapał się po policzku. Co chciał powiedzieć, ale widząc mine teścia, zaniechał pomysłu. Mimo to, nie odsunął się.
-Mów.-Paragu nawet nie spojrzał na Xala.
-To dlatego, że uciekłem wtedy, tak mnie traktujesz, prawda?-Xalanth zaś, spojrzał na Paragu.
-...-Paragu nic nie odpowiedział.
Xal wiedział, że dobrze trafił z pytaniem. Zawsze, kiedy Paragu milczał, wiedział, że miał rację.
Westchnął tylko i odsunął się nieznacznie od Paragu. Patrzył przed siebie, rozglądając się po piaskach czerwonej pustni. Z racji tego, że nie skupił się na okolicy, nie był przygotowany na atak z zaskoczenia. Paragu zaszarżował na niego, w taki sposób, że Xal został wbity w piach. Mężczyzna dociskał jego twarz do piasku. Chłopak próbował się uwolnić, ale nie miał jak. Piasek zaczął dostawać się do niego nozdrzy, oczu a także buzi. Mógł jedynie machać rękami, próbując zrzucić z siebie cięższego i silniejszego Paragu. Ten jednak siedział twardo na młodziaku i dociskał go, dopóki Xal praktycznie nie zemdlał. Wtedy zszedł z niego. Otrzepał się i patrzył z góry, jak chłopak z trudem łapie powietrze i do tego wypluwa piasek.
-Khy! Khy!-Xal spojrzał na stojącego nad nim Paragu.
Mężczyzna poruszał nerwowo ogonem, nie spuszczając wzroku z klęczącego przed nim młodego Bravehearta.
Obaj patrzyli sobie w oczy. Wtedy to, Xal dostrzegł łzy w oczach mężczyzny. Odwrócił głowę w bok, żeby tylko nie widzieć tych oczu, pełnych bólu. Niestety, nie dane mu było uniknąć tego spojrzenia, gdyż Paragu złapał go za podbródek, dość mocno. Zmusił go, aby spojrzał na niego.
-Nawet sobie nie zdajesz sprawy ile nocy przez ciebie przepłakała, gnojku. Byłeś jej jedynym mężczyzną w życiu, zdajesz sobie z tego sprawę? -Paragu zacisnął uścisk-Oddała ci wszystko, a ty od tak spierdolił z podkulonym ogonem, jak jakiś pieprzony tchórz.-mężczyzna patrzył Xalowi prosto w oczy-Jakbyś nie uciekł, nie zachował się jak ostatni skurwiel, to może moja córka by żyła, twoi rodzice też. Nie musieliby tam lecieć, gdyby nie ty! Ty jesteś winien ich śmierci i dobrze o tym wiesz.-Paragu pchnął Xala na piach.-Tylko nie byłbyś teraz takim tchórzem, gdyby nie twój ojciec, który zamiast ci pomóc wolał zostawić cię samopas. Tak, wiem, że dla twojego ojca byłeś nikim, bo wolał mieć zawsze córkę, a nie syna.-Paragu widział zdziwienie w oczach młodziana-Co się kurwa tak patrzysz? Myślisz, że nie sprawdziłem, w kim zakochała się moja jedyna córka? To jeśli tak uważasz, to jesteś w pieprzonym błędzie. Xalanth Braveheart, wieczny łobuz, rozrabiaka ładujący się w kłopoty, który robił wszystko, żeby ojciec go zauważył.-Paragu odwrócił się tyłem do Xalantha.-Nie zachowałbyś się tak, gdyby twój ojciec należycie o ciebie zadbał.-mężczyzna spojrzał ukradkiem na siedzącego na piasku Xalantha-Na całe szczęście jesteś do odratowania. Ekhm!-Paragu zakasłał-To co pokazałeś w domu, świadczy o tym, że drzemie w tobie potencjał, którego twój ojciec nie widział. Pomogę ci go wykorzystać, ale nie lciz na jakieś uligi z tytułu bycia moim zięciem.-Paragu zerkał na Xala, któremu gęba się rozradowała.
Jak Xal, wręcz skoczył niczym żaba, żeby się przytulić z radości, oberwał piąchą w łeb tak mocno, że najadł się piasku.
-Nie spoufalaj się, aż tak zasrańcu.-Paragu docisnął łeb Xala do piachu.-I zachowuj się jak przystało na saiyańskiego wojownika.-mężczyzna wstał.
Otrzepał się i złapał Xala za ogon, a nastepnie pociągnął w stronę ruin, które były niedaleko. Paragu miał gdzieś, że właśnie Xalanth zamiata ryjem czerowny piach. Miał zamiar dotachać tego nieokrzesańca w miejsce treningowe, nie ważne w jaki sposób, ważne by to zrobić.

z.t -> ruiny
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Pustynia   

Powrót do góry Go down
 
Pustynia
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
DRAGON BALL NEW ERA :: Vegeta :: Pozostałe Miejsca-
Skocz do: